2020 (Prolog)

Wieczór, 24.06.2020r.

Marcin Lis podchodził do baru po raz kolejny. Był młodym, dwudziestopięcioletnim chłopakiem. Miał krótkie, ciemnobrązowe włosy i krótki zarost à la van Dyck na twarzy. Nie był wybitnie przystojny, ale też nie był brzydki. Na pewno nie można było o nim powiedzieć, że był mocno zbudowany. Wzrost miał w normie – około metr osiemdziesiąt było dobrym wynikiem, jednak był mocno szczupły, żeby nie powiedzieć wychudzony. Za to swoją posturę nadrabiał siłą, której raczej nikt się po nim nie spodziewał. W gruncie rzeczy był wysportowany.

I to właśnie temu wysportowaniu zawdzięczał trochę swoich sukcesów. W akademickich zawodach sportowych występował w drużynie piłki nożnej. Nie był to może sukces na skalę światową lub chociażby ogólnopolską, ale mimo wszystko to właśnie Lis wyciągnął drużynę z dołka w regionowej lidze. Sam wniósł do drużyny pewien poziom i dodatkowo zmotywował zawodników. Szybko można było zauważyć efekty treningów i ich sukcesy. Marcin występował też czasem w różnego dystansu biegach. Miał świetną kondycję.

Jeśli chodzi o naukę, nie ustępowała sportowi. Miał dobre oceny, w większości z przedmiotów ścisłowych, w innych też sobie nieźle radził. Był świetny jeśli chodziło o matematykę, fizykę, geografię i… historię. Uwielbiał poznawać nowe tajemnice starożytności, królestwa średniowiecza, dzieła renesansu, a zwłaszcza bitwy XX wieku. Umiał wymienić mnóstwo bitew I i II Wojny światowej, walk w Wietnamie czy Korei i wiele innych.

Jeśli chodzi zaś o samą uczelnię, była to Akademia Lublińska, nowo wybudowany gmach, mieszczący wiele kierunków. Jednak, aby zaoszczędzić miejsce, kwatery dla uczniów były 3-osobowe i małe, ale dawało się przeżyć przy dobrej organizacji. Między pokojami wytworzyła się pewna studencka społeczność. Prawie każde z tych mikro-mieszkań było zaklasyfikowane. Marcin, dla przykładu, był w pokoju B.52 – czyli militarnym, ze względu na wcześniej wspomniane zainteresowania jego oraz współmieszkańców. Ale Lis będzie musiał się z nim pożegnać. Właśnie dzisiaj oficjalnie skończył nauczanie tutaj. 5 lat męczył się, zakuwając, zdając egzaminy i tym podobne, i trud się wreszcie opłacił.

Wracając do samego studenta, większość znajomych nazywała go Liskiem. Było to w gruncie rzeczy zdrobnienie od nazwiska, jednak okazało się później, że ono faktycznie do niego pasowało. Był zwinny i sprytny jak lis, co nieraz udowadniał innym kolegom ze szkoły, którzy nie wierzyli w jego możliwości. I tutaj zazwyczaj naprawdę się przejeżdżali. Po względem pomysłowości w akcji był niczym McGyver. Jednak tyle było takich sytuacji, że szkoda się o tym rozpisywać.

Pod barem zobaczył – tak jak się spodziewał – swojego najlepszego przyjaciela, Radosława Paczyńskiego. Siedział jak zwykle w swojej czarnej bluzie, jeansach i zupełnie nie pasujące do stroju wysokie pod kolano buty wojskowe. Zza okularów spod grzywki patrzyły niebieskie oczy.

Radek był masywny, trochę aż za bardzo. Lubił podjeść, jednak nie widać było po nim otyłości, bo masa była przełożona na umięśnione, dwumetrowe ciało. Ćwiczenia nie poszły na marne. Był silny, chyba nikt z Akademii nie mógł z nim startować pod względem tego parametru. Jednak nie była to jego jedyna zaleta. Był koleżeński, umiał i lubił się bawić z kolegami, a zwłaszcza wypić. Potrafić pochłonąć faktycznie spore ilości alkoholu. Była to połowiczna zasługa jego genów – dziadek pochodził ze ZSRR-u, a jak wiadomo, sowieci to Rosjanie, a Rosjanie to ludzie permanentnie pijani. Dlatego właśnie Radek miał picie we krwi. Co prawda utrudniało mu to dobre nauczanie się, zwłaszcza kiedy wracał do kwatery, gdzie Lisek musiał się zajmować nim, dopóki nie wytrzeźwiał.

Oczywiście koledzy mieszkali ze sobą, bo w końcu znali się od początku gimnazjum – czyli długo. Znajomość rozpoczął pewien nieprzyjemny incydent, ale poza tym spędzili ze sobą mnóstwo czasu i przeżyli parę przygód. Bardzo różnych. Między innymi po owym incydencie Radkowi pozostała ksywka Dymitr, ale była to też jego własna wina, ponieważ często się tak nazywał podczas upojenia. Świetnie się zaprzyjaźnili mimo tak odmiennych osobowości, ale mieli kilka wspólnych zainteresowań, takich jak militaria. Kiedy mieli wolny czas, potrafili godzinami nawijać o karabinach, czołgach, kamuflażach, piechocie, taktyce, samolotach, statkach, o I Wojnie Światowej, o II Wojnie Światowej, o walce o Krym, o wielu innych walkach i o jeszcze więcej tego typu sprawach. Wielu to denerwowało – jednak w razie potrzeby byli prawdziwą skarbnicą wiedzy na ten temat. Ale to nie była ich jedyna wspólna cecha. Na przykład oby dwoje lubili jeść ciastka.

Korzystając z tego, że barman poszedł na zaplecze (zapewne uzupełnić zapasy, które skonsumowali koledzy Marcina), Lisek podszedł do przyjaciela i zagadnął:

  • Co tam Dymitr? Jak tam? Która butelka?

On, zadziwiająco jasno, jak na takiego pijaka, odpowiedział:

  • Teraz to chyba trzecią skończyłem, a co? – powiedział pokazując pustą półlitrówkę po wódce.
  • Nic, po prostu nie chcę cię potem wyciągać z baru nie przytomnego.
  • Dobra nie bój się, moje ruskie geny wytrzymają.
  • OK, tylko uważaj na rachunek, bo tym razem nic za ciebie nie zapłacę!

Radek tylko wzruszył ramionami i odwrócił się do wracającego barmana. Wiedząc, że chyba nic, oprócz własnego żołądka, nie przemówi do rozsądku Dymitra, Lisek zgarnął flaszkę ze stołu, odwrócił się i poszedł na salę zobaczyć, co u innych kolegów.

Nie musiał długo szukać. Ledwo zrobił parę kroków, kiedy wpadł na niego Natan Lewandowski. Nawet się nie odezwał, po prostu poleciał do baru widząc „dokładkę” piwa. Można była od razu zauważyć, że jest mocno wstawiony. Tylko usiadł na stołku, wziął do ręki kufel, wypił porcję w 3 sekundy i padł jak worek na podłogę.

Był to niski blondyn, młodszy od kolegów o rok. Chodził na tą samą uczelnię i każdy się dziwił, że jeszcze go nie wywalili. Miał problemy zarówno z nauką, jak i z wszystkimi możliwymi nauczycielami. Jednym z jego problemów była niestwierdzona, lecz pewna nadpobudliwość. Jeśli tylko dać mu puszkę energetyka, zacznie latać po ścianach. Nikt jeszcze nie sprawdzał, co się może z nim stać po wypiciu alkoholu. Efekty tego testu można było aktualnie zobaczyć na podłodze.

  • Radek!
  • Czego?! – Koledzy starali się przekrzyczeć muzykę.
  • Wziąłbyś go odłożył tak, żeby nikt na niego nie wpadł?
  • Zrobi się! – Marcin poszedł dalej, kiedy usłyszał odpowiedź.

Najbliżej siedzieli trzej koledzy. Zwani byli przez znajomych „drużyną anime”, oczywiście mieszkających w jednej kwaterze. Byli to Maciej Ogórek, Kacper Klimek oraz Bartłomiej Sojewski – studenccy specjaliści od wyżej wymienionego gatunku filmów i seriali. Mieszkali w jednym mieszkaniu, uczyli się dobrze, nigdy nie mieli jakichś wielkich przygód. Pierwszy siedział przed laptopem szukając czegoś, gadając bez przerwy pobudzony procentami, Bartek co jakiś czas popijając z kufla przyglądał się wysiłkom kolegi, a ten ostatni już zupełnie odleciał i mokry od różnego rodzaju napojów z odchyloną głową spał na krześle. Warto wspomnieć, że odleciały student był dobrym kolegą Natana.

  • Co tam ciekawego robicie?
  • JaszukamtakiegojednegoanimechcęBartkowipokazaćchceszzobaczyćopowiadaotakimjednym… – Jednym tchem zaczął mówić Maciek, dalej klepiąc w klawiaturę.
  • Nie, nie trzeba, nie było pytania. – Szybko odpowiedział Marcin i łyknął z butelki – Czemu się nie pobawicie normalnie, tylko siedzicie przed internetem?
  • Czemu nie? Mi tak pasuje. – Rzekł Bartek.
  • Przynajmniej popilnujemy Klimka, żeby nie spadł z tego krzesła. ¾ Dopowiedział kolega.
  • OK, jak tam chcecie, wasza sprawa.

Marcin poszedł dalej, ciągle popijając. Zauważył Marcina Prezesa, stojącego samego i podpierającego ścianę.

  • Co tam ciekawego? – Zagadał Lisek.
  • A co ma być? – Odwrócił się w stronę okna. – Oglądam widoki. Nie, dzięki, nie piję – Odpowiedział widząc podsunięte przez kolegę piwo.
  • No, oprócz wody i herbaty, to chyba faktycznie nic. Jak ogólne wrażenia? A widoki to se pooglądasz jak wyjdziesz.
  • Wiesz, że nie mój klimat. Ale przynajmniej doświadczenie przeżyte, być w barze na nocnej imprezie.
  • Zawsze coś, to ja idę dalej. Cześć!

2 stoliki dalej, siedział Patryk Zając, widocznie już wstawiony, siedząc na krześle w dziwnej pozycji z notesem i ołówkiem w ręce, z którymi nigdy się nie rozstawał, i bazgrał coś. Chłopak był trzecim mieszkańcem „militarnego”, jako, że lubił historię wojen, jednak on się skupiał raczej na pojazdach i ich parametrach. Jeśli przyszło się do bloku B, pokoju numer 52 i spytało się o coś z historii, prawie niemożliwe było nie dostać odpowiedzi. Ta trójka pod tym względem uzupełniała się niemal całkowicie. Jednak tym razem jeden z trzech był „niedysponowany”. Marcin wyjął Patrykowi zeszycik i ołówek z rąk, wsadził mu go do kieszonki na piersi i ułożył go tak, żeby nie spadł. Ten niemal od razu zaczął chrapać.

Lisek odszedł, nie przeszkadzając koledze. Zakończył „obchód po barze”, więc wrócił do baru. Miał zamiar jeszcze trochę tu posiedzieć i się pobawić. Przy barze Dymitr na pewno pomoże mu coś wybrać dla siebie…

***

  • Ałaa… Mój łeb…

Lisek trzymając się za głowę spadł z łóżka. Procenty dawały o sobie znać. Możliwe, że Dymitr jednak przesadził z mocą trunków dla „niewtajemniczonego” kolegi. Na drugim łóżku Radek spokojnie spał jemu cała ta impreza nie zaszkodziła. Za to Zając spał jak zabity. W barze tego nie było czuć, ale małym pokoiku waliło do niego piwem. „Kolejna z ofiar tamtego baru” – pomyślał Lisek. „Przynajmniej nie jestem jedyny”. Pomyślał, że świeże powietrze dobrze mu zrobi, więc szybko poszedł umyć twarz we wspólnej łazienki na korytarzu, wrócił się ubrać i wyszedł na dwór. Zamykając drzwi popatrzył na zegarek. 1247 – trochę dzisiaj przysnęli. Jednak można to było im wybaczyć. Teraz Lisek zerknął na kalendarz naścienny – 27 czerwca, a mieli do końca miesiąca czas na wykwaterowanie się. Krótko. Jednak, jeśli dobrze się zorganizują, wszystko pójdzie szybko. Jak Lisek wróci, a reszta się obudzi, pomyślą nad planem.

Marcin poszedł jak zwykle do swojego ulubionego kiosku niedaleko uczelni. Spotkał również swojego ulubionego sprzedawcę.

  • Ooo, Marcin, witam, co tam? To co zwykle?
  • Oczywiście.
  • Jeden dziennik i jedna puszka energetyka. Proszę bardzo, 3 złote.
  • 20 groszy więcej, coś podrożało?
  • Tak, gazety mi dają drożej, to trochę musiałem podnieść cenę.
  • Dobra, a co ciekawego w środku?
  • Coś o Ruskich na granicy piszą. Zresztą jak zwykle o pół roku. Pewnie urządzili sobie konkurs strzelania do tarcz, i już problem, bo „strzelają, już się zaczęło!” – Obydwaj rozmówcy się roześmiali.
  • Dobrze, dziękuję do widzenia!

Teraz, czując się lepiej po przewietrzeniu się, Lisek wrócił do kwatery. Przecież musi się przygotować na mecz!

***

Marcin był zagorzałym kibicem lokalnego klubu z III Ligi, Chełmianki Chełm. Niektórzy koledzy również jej kibicowali, dlatego zazwyczaj na mecze chodziła stała paczka – Lisek, Dymitr, Lewandowski oraz Sojewski, po którym raczej nikt się nie spodziewał takich zainteresowań. Jednak, wracając do tematu, wspomniana drużyna grała ostatni mecz ligi z Motorem Lublin. Tabela wręcz nie miała prawa się zmienić, jednak koledzy i tak chcieli wesprzeć swoją drużynę w końcowym spotkaniu. Tak więc, około godziny 2000 cała czwórka zebrała się i pojechała pociągiem do Chełmu.

***

Po meczu postanowili pójść w swoje ulubione miejsce poza miastem. Była to mała górka oddalona około 150 metrów od ostatnich bloków. Tam już nie było odgłosów miasta. Mogli sobie na spokojnie usiąść, popatrzyć się w świetnie widoczny Księżyc na niebie i poomawiać mecz. Poza ziemskim satelitą źródłem światła były jeszcze drobne łuny z pobliskich miejscowości – Ignatówki, Olenówki i Kamienia oraz nieco dalszego Brzeźna. Studenci siedzieli tak w ciszy i oglądali krajobraz, którym się jeszcze nie znudzili.

  • Dobry mecz był, co nie? – Ciszę przerwał Lisek.
  • Tak, wygrana na koniec sezonu zawsze się przyda – Odpowiedział Bartek.
  • A w ogóle to która godzina? – Spytał Lewandowski.
  • 2358. 4 godziny do pociągu powrotnego. – Dodał Dymitr.

I znowu nastała cisza. Patrzyli się w blade łuny wsi, aż do północy. Niebo rozbłysło tak mocno, że musieli odwrócić wzrok. Kiedy wrócili do wcześniejszej pozycji, zamiast łun, zobaczyli 4 wielkie wybuchy. Widząc to, skamienieli. Jeszcze nie wiedzieli, że na ich oczach zginęło ponad półtora tysiąca ludzi.

2020 (Prolog)
Oceń ten tekst

Podziel się
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Dodaj do ulubionych permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *